Dawno nie widziałem tak słabego filmu, w którym leży wszystko - od intrygi poprzez (zajebistą w serii) muzykę po efekty ssące w porównaniu do filmów Bay’a. Przysnąłem kiedy akcja przeniosła się do Indii. Znakiem czasu jest scenariusz, w którym skaczemy od Moskwy, przez Dubai i jakieś indyjskie miasta po Seattle.
Najciekawsze z tego wszystkiego były reakcje wietnamskich widzów, którzy całą salą jak jeden mąż zapierają dech kiedy Tom Criuse prawie spada w przepaść, albo buczą kiedy główny mastermind całego zamieszania mówi o tym jak wysadzi świat. U nas ludzie tak nie przeżywają filmów akcji, tylko Katyń i o Papieżu.
Komentarze
cholera, a ja mam na to zamiar iść ;>