Przejdz do tresci
retroactive-continuity.pl
Wroc

Mai Anh

Zaktualizowano:

Urodziła się na wsi kilkanaście kilometrów od Hanoi, mama pracowała u rzeźnika, a ojciec był kierowcą. Nie za fajnie miała w domu, bo bił ją tata. Delikatne blizny miałą w różnych miejscach, ale przeważnie na udach i plecach. Baty zbierała za rozmaite rzeczy, głównie olewanie szkoły i bycie krnąbrną. Kiedy miała 16 lat (czyli 15 w zachodnim rozumieniu) ojciec wyrzucił ją z domu i umiejscowił u wujka w Da Nang. Rodzice mieli oprócz Mai Anh jeszcze dwie córki i brata w drodze i nie za bardzo było im po drodze z taką gromadą, więc wyeliminowali najsłabsze ogniwo. Poszła do liceum i zaraz zaczęła pracować w supermarkecie, bo na rodzinę nie mogła liczyć. Pensja pracownika hipermarketu w Wietnamie, w dodatku na pół etatu, to jakieś 50$ przy pomyślnym wietrze, za 5-6h, 6 dni tygodniowo. Harowki o której nie słyszały ciężarne pracownice biedronki ciągnąc palety. Lekko nie było. Ale Mai Anh była naturalną buntowniczką i dziewczyną ciekawą świata, więc szybko wykombinowała coś innego. Najpierw przeszła fazę wielu wietnamskich boyfriendów, którzy od czasu do czasu kupowali jej torebkę czy buty, bo tak to tu jest. Potem to przestało wystarczać, bo w kolorowych magazynach torebki guci są oryginalne, a te od wietnamskiego chłopaka to chińskie podróbki za 15zł. Potem wciągnęło ją nocne życie Da Nang, przyszło to naturalnie, bo skoro wychodziła po barach z chłopakiem i jego kumplami, to nawet kiedy nie miała chłopaka, dalej chciało jej się balować. Zaczęła się profesjonalizować, zamiast harować w supermarkecie jak osioł, można wyjść sobie do baru, a tam zawsze jakiś turysta albo stary, żonaty wietnamczyk postawi ci drinka, a na drugi dzień zabierze gdzieś na dobrą kolację, kupi perfumy z Singapuru czy coś takiego. Dla takiej dziewczyny ze wsi, to jak zostanie gwiazdą popu. W domu jadła ryż i banh minh z pasztetem, a teraz nagle ktoś zabiera ją na kolację w hotelowej restauracji, gdzie rachunek to dwukrotność jej miesięcznej hipermarketowej pensji. Oczywiście po skończeniu liceum nie bardzo chciało jej się edukować dalej, pociągała ją praca fizyczna.
Więc żyła sobie tak, na pełen etat obsługując rozmaitych gości. Nie była zbyt wybredna, zdażało się być maskotką starego japończyka, czy tajwańczyków o twarzach mopsów. Wszystkich łączył wspólny mianownik -kasa.
Teraz udalo jej sie wyjechać na trasę koncertową po karaoke w Singapurze, o wiele częściej jednak trzyma w rękach penisy niż mikrofon.
Mai Anh gardzi prostytutkami. "Girl working in bum bum have money so many, but I have a good girl, good girl can not bum bum for money, you crazy?! - zwykła mawiać, prosząc o nową parę butów.
Takich dziewczyn są w tym regionie miliony. Ciekawe co będzie z nimi za 30 lat, bo rodziny raczej się nimi nie zajmą, a państwo udaje ze ich nie ma.
W Polsce galerianki wyjdą na ludzi. To znaczy, nie zostaną CEO PKN Orlen, bo nie mają znajomości w PISie, ale któż z nas zostanie? Zostaną sklepowymi, fryzjerkami i pracowniczkami Indesitu. Te dziewczyny z Azji nie zostaną nikim. Nie założą rodzin. Dla ich własnych są już skreślone. Wyniszczone stylem życia zamieszkają w piwnicy jakiegoś podrzednego karaoke, robiąc dobrze grupom pijanych gości za okrągłe 5$. Do końca życia. Bieda to straszne gówno.


Komentarze

Benek

Powinny się uczyć od Tajek, które bez obciągania doją kasę od kilku westernerów na raz. Goście są nieświadomi... Albo chcą być nieświadomi?


Udostepnij wpis:

Poprzedni wpis
Do korupcyjnego tanga trzeba dwojga:
Nastepny wpis
Hang i historia jednej nocy.