Zastanawiałem się niedawno, dlaczego przestałem prowadzić bloga. Długo zajęło mi dojście do wniosku, że dlatego bo nic nie muszę. Otóż to. Bo kiedy mam nóż na gardle, masę pracy, coś do załatwienia, napisanie czegoś jest najlepszym pretekstem żeby odłożyć pracę na “jutro”. Ponieważ trzy miesiące upłynęły mi wyjątkowo błogo i beztrosko, nic nie napisałem. To wspaniałe budzić się o 14, zamówić śniadanie, pokręcić się po mieście, spotkać z dziewczyną, wpaść do roboty na dwie godziny, a potem w miasto do rana. Bardzo mnie to rozleniwiło, a jedynymi systematycznymi elemetnami mojego życia stały się: miękkie narkotyki, whiskey soda i okresowe badania na HIV. W tej kolejności. Teraz przyszedł kolejny okres w którym mam więcej do roboty, więc siedzę i piszę, zamiast robić to co powinienem. Blog zmieni nieco formułę, notki będą krótsze, bo i ja i wy mamy coraz krótszy attention span. Mam tyle tego, że posłuchajcie dwóch przypadkowych historii z ulic Hanoi:
Wypadek po wietnamsku. Kumpel miał wypadek, wyjechała mu taksówka w której bok uderzył jadąc 70km/h zaraz koło mostu Long Bien. Wygrał życie, bo przelecial nad taksówką i wylądował mordą na trawie. Motor stracił cały przód, a taksówka się skasowała bo poprzetrącały się słupki, a przednie koło stało pod jakimś dziwnym kątem. Kolegę ocknął taksówkarz w otoczeniu ochroniarzy z pobliskiego parkingu. Nie było to trudne, biorąc pod uwagi dawki MDMA które ów kolega przyjmuje w weekendy. Ochroniarze wyjęli tasery i mówią coś do taksówkarza, a tamten że nie, nie trzeba, nie trzeba. No to zaczęli strzaszyć taserami kumpla, pomimo protestów taksówkarza. W końcu ktoś mówi żeby wezwać policję, na co kumpel wstał i powiedział że kategorycznie nie i żeby tamci spierdalali to oni się już między sobą dogadają. Prawda jest taka, że od tego dogadania zależało jego życie. Wyszedł cało z wypadku, ale mając w kieszeni garść tabletek gwarantujących dożywocie w wietnamskim więzieniu. Policja to ostatnie co było potrzebne. Przyjechał znajomy wietnamczyk z którym lepiej nie zadzierać, przyjechałem ja z ziomkiem, właściciel wypożyczonego motocykla z bratem do pomocy. Panowie od taserów odpuścili, a taksówkarz ostatecznie dał kumplowi na pocieszenie zawartość swojego portfela, jako że była to jego wina. Było to koło 20$. Kumpel stracił: na naprawę motocykla - 400$, rentgen obu rąk (całe!) - 5$. Twarzy nie dało się już bardziej zniszczyć. Na szczęście nie rozwalił nogi, jak ja rok temu. Taksówkarz stracił jedyne źródło dochodu swojej rodziny (powiedział nam o tym). Ciekawe co u niego słychać. Bo jeśli chodzi o kumpla, to w następny weekend śmigał na nowym motorze, w podobnym stanie i przy podobnych prędkościach.
iPhone 5 girl. Jakoś kilka dni po premierze iPhone 5 było tak: stałem w korku. Bardzo długo. Jak tak stałem i wdychałem spaliny, ujrzałem relatywnie atrakyjną niewiastę, uśmiechającą się do mnie. Jako że po wietnamsku mam lepszą bajerkę niż w każdym innym języku, po kilku zdaniach wymieniliśmy numery, wszystko w korku. Stała czujność. Kilka dni później, byłem na domówce. Bardzo długo. Zaczęło mi się nudzić, bo jakoś drętwo, ludzi dużo, ale łapią zamułkę. Wyszedłem przed dom, usiadłem na schodach, skręciłem blanta i naszły mnie jakieś filozoficzne przemyślenia na temat natury ludzkiej. Po kilku nieudanych telefonach do przerozmaitych dziewczyn (przypominam że jest sobota 2am), zadzwoniłem do dziewczyny z zakorkowanej ulicy. Marudziła, marudziła, ledwo rozumiałem co mówi, ale załapałem, że przyjedzie pod mój adres. Mówimy o dziewczynie z którą rozmawiałem 2 minuty. Nie pozostało mi nic innego jak czekać. Bardzo długo. Przyjechała z rozmazanym makijażem (beka, zapomniałem wspomnieć że padało?) a ja do niej, szybko szybko bo zimno, jedź za mną. I tak jadę i myślę. Nie warto jej nigdzie nawet brać, bo nie chce mi się z nią gadać, na tym etapie jedziemy do mnie. No i pojechaliśmy, od razu idąc do mojego pokoju. Bardzo wcześnie rano obudziła mnie czule i pyta czy kupię jej iPhone 5. Pełen powagi potwierdziłem. Dziwnie się czułem leżąc z nią w łóżku, więc zerwałem się i powiedziałem że idziemy, bo jestem spóźniony do pracy. Z kwaśną miną wstała, jak prawdziwy dżentelmen wyprowadziłem jej motor i pojechaliśmy. Powiedziałem że skręcam w lewo, pokiwałem papa i zawróciłem do domu. Poszedłem spać. Wprawdzie sam wsad nie kosztował mnie ani czasu, ani pieniędzy ani wysiłku, to potem zamęczała mnie smsami, jaki to ze mnie skurwysyn. Niestety, nie napisała nic śmiesznego, ale nadzieja na nowy gadżet umarła.
A ty co dzisiaj zrobiłeś/łaś żeby mieć nowego iPhone’a?
Komentarze
Cześć
Pisz częściej, bo twoje historię są na prawdę interesujące i śmieszne :~)
no bo jest z ciebie kawał skurwysyna ;-)
ale sama się o to prosiła
ej no - mysle, ze zachowales sie niefajnie i zdecydowanie niepragmatycznie ;) zamiast wciskac kit, ze kupisz jej tego iShita, mogles powiedziec, ze ma sie natychmiast wynosic, bo nie chcesz miec do czynienia z tanimi prostytutkami, ktore daja za iShita. W ten sposob a) nie sklamalbys, ze cos jej kupisz, b) nie musialbys odstawiac teatrzyku z jazdą do pracy i oszczedzilbys sobie tych sms-ow z obelgami, bo to bylaby jej wina ;]