02.01.2015 był interesującym dniem. Siedzieliśmy u u ziomka i graliśmy w Tekkena. Tekken jest fajny, ale ciężko jest kopulować z playstation. Dlatego około 8 rzuciłem pomysł wyjścia w miasto, który został przyjęty bez przesadnego entuzjazmu. Jedynym gotowym wyjść ze mną okazał się Robert -38 letni kanadyjczyk który niedawno porzucił swoją dotychczasową pracę w banku i wyjechał w świat. Jego przypadek jest jednak szczególny, gdyż nie przyjechał tutaj jako odkrywca, jak większość z białych w Hanoi. On przyjechał do Daniela, który załatwił mu pracę, dom, przyjaciół, wszystko. Wszyscy inni byli leniwi po ostatnich dwóch dniach wciągania brania pigułek białych jak śnieg – szczęśliwego nowego roku! Nie był to najciekawszy towarzysko wybór, Robert jeszcze parę dni wcześniej żalił mi się że jakaś dziewczyna wystawiła go do wiatru, zupełnie jak mokra cipka. Westchnąłem, popatrzyłem na Roberta, popatrzyłem w lustro i pomyślałem „twoja gra jest silna”. Warto nadmienić, że tego samego dnia nad ranem uszkodziłem sobie brodę i skroń spadając z motocykla i część mojej twarzy wyglądała jak krwawa miazga, a część jak młody adonis. Lepiej niż większość fabrycznie nowych twarzy Wietnamczyków. Nie żeby posiadanie szpetnych ran powstrzymywało mnie od wychodzenia na miasto. Mrugnąłem do swojego odbicia w lustrze, odpaliliśmy motory i odjechaliśmy. Jadąc obserwowałem jazdę Roberta, kumple twierdzili że jeździ jak wariat i po pijaku, mimo że nie umie prowadzić i nawet nie ma prawa jazdy. Musiało coś w tym być, bo kiedy dojechaliśmy do centrum Robert powiedział: „Dzięki że jechałeś powoli”, to prawda, prawie zasnąłem. Był nad wyraz uprzejmy (kanadyjski łącznik) i przy tym strasznie niepewny siebie. Zapłaciliśmy za parking, wzięliśmy bileciki i ruszyliśmy z buta. Na pierwszy ogień poszedł bar gdzie poznałem wyjątkowo pupiatą kelnerkę dwa dni wcześniej. 2014 światowym rokiem pupy, nie chcę pozostać w tyle za trendami. Bar był pozbawiony ściany przyległej do ulicy, jak wiele konstrukcji w Wietnamie. Ponieważ kelnerki nie było widać nigdzie w środku, poprosiłem Roberta żeby poczekał przed barem, a ja wszedłem sprawdzić zaplecze. Byłoby stratą czasu siedzieć tu jeśli za barem stoi jakiś wietnamski dziadek. Z powodu różnic kulturowych, nie mogłem po prostu zapytać dziadka „gdzie jest Thuy?”, ponieważ bardzo prawdopodobne było że są spokrewnieni. Powodem dla którego młody biały chłopak szuka jego atrakcyjnej wnuczki/kuzynki może być właściwie tylko sex. Z jego perspektywy, bardzo niepożądany. Kelnerki zdawało się nigdzie nie być, wyszedłem z zaplecza i ujrzałem Roberta przy stoliku z dwoma piwami. Cóż, usiadłem i zapaliłem papierosa. Opowiedzieć ci dowcip? -spytał Robert. „Hitler do Göringa : zabijemy 5000 żydów i 1 dentystę. Dlaczego dentystę ? HA ! – wiedziałem ze o żydów nikt nie zapyta.” Dowcip nie wywołał u mnie spazmów śmiechu, ale zły nie był. Napisała do mnie na Facebooku poznana kilka dni wcześniej hinduska (9 z minusem/10, długie nogi, super ciało ale trochę dziwny nos, ja bardzo lubię egzotykę). „Hej, jestem na rogu pod trójką, jesteś dzisiaj na mieście?” „Jestem, niebawem się tam pojawię”. Historia z tą hinduską jest taka, że poznałem ją na takiej imprezie gdzie była w grupie stażystek z firmy X. Przy ich stoliku było tylko jedno wolne krzesło i 7 dziewczyn przy stoliku, oczywiście tam usiadłem: „Och! To najlepszy stolik! Nie mogę uwierzyć we własne szczęście! Nie wiem czy ci wszyscy inni faceci dookoła są ślepi? Siedem uroczych dziewczyn! Mam na imię Magic. Która z was umie gotować? -Jak masz na imię? -Magic -No way. -Popatrz na to. Podałem jej kartę kredytową z imieniem Magic. Ona popatrzyła, zrobiła oczy jak 5 złotówki i zaczęła się śmiać. Przeszedłem jej shit-test. -To która z was umie gotować? Hinduska była jedną z dziewczyn siedzących przy tym stoliku. Powiedziała mi potem że ciężko zrobić lepsze pierwsze wrażenie. Tydzień później na imprezie sylwestrowej podeszła do mnie i zaczęła mnie całować. Miałem inne opcje tej nocy, a ona potem też gdzieś zniknęła. Żeby być skutecznym, wiedziałem że po tej akcji ona musi się skontaktować ze mną pierwsza. Prawdę mówiąc chciałem znaleźć się z nią jak najszybciej, żeby działo się dookoła coś więcej niż Robert i piwo, ale nie chciałem wydawać się zdesperowany i pojawić się tam na zawołanie. -Jest po 10, chodź odbierzemy motory i pojedziemy pod trójkę. Powiedziałem do Roberta. Okej. Kiedy doszliśmy do parkingu przez jakieś dwie, czy góra trzy minuty nie mogliśmy znaleźć motoru Roberta. Nagle wypalił: „czy mogli ukraść mój motor?”. Pomyślałem wtedy że życie musi być pod górkę dla ludzi którzy, jak Robert, widzą świat w czarnych barwach. Po chwili jego motor się odnalazł. Pod trójką siedziało niewiele osób, w tym hinduska z jakąś koleżanką z Anglii. Przysiedliśmy się do dziewczyn i zamówiliśmy butelkę wódki. „Trójka” to róg starej i wąskiej uliczki w centrum Hanoi, gdzie wspaniała starsza wietnamska kobieta sprzedaje alkohol w rozsądnej cenie. 3USD za 0.75l. Nic tylko się rozpić. Z jakichś powodów przesiaduje tam zwykle wielu obcokrajowców. To znaczy z powodu taniej wódki, oczywiście. Hinduska okazała się naprawdę tępa. -Nie dostałabyś nagrody nobla za ten pomysł -powiedziałem po jakimś jej głupim pomyśle. -Co to jest nagroda nobla? Hmmm. Nie wiem od czego zacząć tłumaczenie. Jej ojciec mówił że Polacy dużo piją, ale to zrozumiałe bo mają bardzo dobrą wódkę! Wydaje mi się że wódka jest normalna, ale współrodacy chujowi i nic tylko się napić. Po paru godzinach spędzonych pod trójką dochodziła 4. Czas szybciej mija w towarzystwie i przy alkoholu. -Dobra, chodźcie do Funky Bhudda, takiej miejscówki otwartej do rana. -My jesteśmy taxi… Powiedziała ta Vanessa z UK, kumpelka hinduski. Ta laska to jest też materiał na całą powieść porno dramat widziany oczyma kogoś w rodzaju Forresta Gumpa. -No to teraz jedziecie z nami? -Nie bo wy piliście! -Oj tam, możemy jechać! powiedział Robert. -Wy też, żachnąłem się. -No ale my dlatego jedziemy taxi, i wy też powinniście. -Ja jadę motorem, jedziesz ze mną? Hinduska wahała się. -Nigdzie z nim nie jedziesz, jedziesz ze mną taxi, wyszłyśmy razem! Żeby uniknąć histerii pokazałem hindusce żeby jechała taxi wymownym obrażonym gestem. -Wybaczę ci dopiero przy śniadaniu. Zaśmiała się i pocałowała mnie. Wsiadły w taxi i pojechały, a my odpaliliśmy motory. -Poczekaj idę do łazienki, powiedział Robert. Oczywiście. Tak. Będę jeszcze czekał na twoje sranie. Zastanawiałem się jak udaje mu się ze sobą wytrzymać. Pamiętacie jak mówiłem o pokiereszowanej twarzy? I o wypadku? Otóż właśnie dlatego do listy noworocznych postanowień dołożyłem noszenie kasku. Takiego ogromnego, w stylu ninja albo kill billa. Teraz zakładałem ten kask i myślałem sobie, że nie jest to takie złe w połączeniu ze skórzaną kurtką. Trochę daft punk. Kupiłem papierosy. Robert skończył się brandzlować w toalecie i odjechaliśmy. Podjechaliśmy jeszcze kupić bibułki OCB. Taksówka była już dawno w połowie drogi, a my ruszyliśmy powoli na wyraźną prośbę Roberta. Jedziemy i jedziemy i się wleczemy i tak ze dwa kilometry od naszego startu, miało miejsce takie wydarzenie: na drogę wyjechało dwóch wietnamskich chłopaczków, z przeciwległej drogi. Ja zahamowałem, a on nie. Wyglądało to naprawdę surrealistycznie jak to wspominam, Robert przy prędkości ok 60km/h po prostu wjechał w chłopaczków. W pierwszych sekundach nie skumałem że to on. Bo miał tak się pilnować na motorze itd. Wyhamowałem do zera, zablokowałem motor na środku skrzyżowania gdzie to się stało i pobiegłem do miejsca gdzie to się zdarzyło. Warto dodać że ten pstryczek w moich słuchawkach nie działa, a ja nie zaprzątałem sobie głowy wciąganiem iPhone’a i wyłączaniem muzyki. Soundtrackiem był „Left Behind Slipknot’a i dosyć dobrze się dopasowało z shuffle. Robert leżał nieprzytomny na drodze, a wietnamskie chłopaczki stały nad nim, wyraźnie zszokowane, ale nic im się nie stało. Z czoła ciekła mu krew, a on leżał tak jak to zrzucili z siebie wietnamce. Upewniłem się że oddycha i pobiegłem wyłączyć jego motor i zabrać kluczyki. Chciałem też zabrać kluczyki z motocykla chłopaczków, żeby nie uciekli, ale jebany pomyślał i wyjął je ze stacyjki. Robert nagle ocknął się i zaczął pluć krwią, jak na filmach. „I don’t want to die, I don’t want to die”. Mówił ze swoim akcentem z Quebecku. To ciekawe że niby jego pierwszym językiem był francuski, ale na „łożu śmierci” mówił po angielsku. Może po angielsku łatwiej się dogadać. Obstawiam że bóg mówi po angielsku i chińsku i włosku. W takiej kolejności. Teraz opisuję to całkowicie na chłodno, ale kiedy to miało miejsce to byłem szczerze mówiąc przerażony. Nigdy nikt z kim wcześniej piłem piwo nie znalazł się chwilę później w kałuży krwi na drodze mamrocząc. Miałem wyrzuty sumienia, że tak cały czas źle o nim myślałem, a teraz on leży tu ledwo żywy. Jego kask rozleciał się na pół, a w jego posplatanych włosach widziałem białe fragmenty czaszki. Nie miał takiego prawdziwego ninja kasku jak ja. Zadzwoniłem do kumpla który go do Wietnamu sprowadził. Powiedział że będzie za 10 minut. Dobry chłopak. W międzyczasie Robert dyszał ciężko i wypowiadał moje imię. Wietnamskie chłopaczki z jakichś powodów dalej kręciły się wokół sceny wypadku. Zaczęli pojawiać się gapie. Po pięciu minutach odkąd to się wydarzyło dookoła stało już około 15 Wietnamczyków, nikt nic nie robił, tylko się patrzyli. Krzyczałem po wietnamsku pomocy, ale nikt nie reagował. Jedna dziewczyna która zatrzymała się powiedziała żeby wsadzić go do taxówki. Nie wiedziałem czy to taki dobry pomysł, bez tych zabezpieczeń na kręgosłup i szyję. Pojawił się kumpel z Kanady. -Dzwoniłem do francuskiego szpitala, zaraz tu będą. -Pojadę z jego motorem na parking. Jego motor działał i prawdę mówiąc, nic mu się nie stało. Podjechałem na parking pobliskiego baru i wsiadłem do taksówki z jakąś wietnamską parą. Kierowca kazał mi wysiąść, a ja narobiłem szumu i zacząłem krzyczeć że tam mój friend is dying a oni mi robią problemy żeby do niego wrócić. Chwilę im to zajęło, ale zaczęli kumać. Kiedy jechaliśmy z taxi zrównał się taki czarny koleś któremu kiedyś zwróciłem uwagi że nie umył rąk w toalecie, kilka dni wcześniej w tym samym barze. Tak dla jaj. -Hey man! Be respectful, don’t be a cunt! Powiedział mi przez opuszczoną szybę taksówki, na co ja cały wkurwiony spytałem co on taki nigger wie o całej sprawie. Ponieważ dodatkowo krzyczałem do taksówkarza żeby go rozjechał, on wyprzedził nas, minął scenę wypadku (wyjeżdżając do głównej drogi) i zniknął. Mój telefon zadzwonił -Jedź do francuskiego szpitala, my już jesteśmy w drodze. Na scenie wypadku byli już tylko gapie i kałuża krwi. Gapie teraz aktywni jak nigdy wcześniej, gadają o tym co się stało. Zakładam swój ninja kask i wsiadam na swój motor. Zatrzymują mnie wietnamskie chłopaczki i pokazują mi międzynarodowy znak pieniędzy. Że niby ja im jeszcze mam zapłacić. Ogarnęła mnie furia. Że tamten pajac umiera, a ci teraz jeszcze w obliczu ludzkiej śmierci myślą o pieniądzach, kiedy nic im się nie stało. Wietnamskie. Chciałem wymierzyć im sprawiedliwość. Zsiadłem z motoru bluźniąc na chłopaczka i zamachnąłem się na niego, ale nie trafiłem. Ninja kask daje przewagę bo sprawa że twoja głowa jest kuloodporna, ale wpływa na szybkość. Drugi z nich stał dalej i nawet nie podszedł, a ten który dopiero uniknął mojego ciosu zaczął uciekać w stronę gapiów, którzy znów zamilkli. Goniłem przez chwilę chłopaczka między gapiami, a oni odsuwali się umożliwiając zarówno jemu ucieczkę, jak i mnie gonitwę. To zadziwiające jak w takiej chwili Wietnamczycy na ten przykład kolektywnie nie pobiją mnie, obcego. Krzyczałem że on mnie powinien zapłacić, za to że wjechał z podporządkowanej i wina była po jego stronie. Krzyczałem to po angielsku, bo to za skomplikowany wietnamski, więc nie miało większego znaczenia co mówiłem. Może ci Wietnamczycy dookoła nie byli pewni po kogo stronie jest racja, dlatego nie interweniowali. Po chwili gonitwy, widziałem że to nigdzie nie prowadzi. Wróciłem na motor i pojechałem w stronę szpitala. Tak wygląda wypadek w kraju trzeciego świata. Nie ma policji, ubezpieczenia, karetka jest prywatna. Niewielu na nią stać. Dogoniłem ambulans po jakichś 5 minutach (zaskakująco się wlekli). Kumpel z Kanady jechał na motorze za ambulansem. -Co z nim? -Nie wiem. Ponieważ rozmowa się nie kleiła, wyprzedziłem ambulans i zacząłem trąbić żeby oczyścić drogę karetce. Kierowcy bardzo się to podobało, mi zresztą też. Dojechaliśmy do szpitala gdzie wsadziliśmy Roberta do takich noszy chroniących jego kręgosłup. Mamrotał że nie chce wracać do Kanady. Doktor i pielęgniarka Zadzwonił mój telefon, hinduska. -Gdzie ty się podziewasz? -Słuchaj, kumpel miał wypadek i teraz ratujemy jego życie. -Tak? Kto niby miał wypadek? -Robert, słuchaj kończę, widzimy się niedługo, kisses baby ale teraz mamy coś do zrobienia. Doktor który przyszedł śmiesznie mówił po angielsku i po krótkich oględzinach stwierdził że jest ok. Robert odzyskiwał przytomność mówił że nas kocha i bredził na środkach przeciwbólowych. Fragmenty czaszki okazały się częściami połamanego kasku. Whoa. Ulga. Ma połamane żebra i coś przemieszczone w dysku, ale jest nieźle. -Panie doktorze, muszę siku! Pielęgniarka wyjęła taki kanisterek z dziurką i zaczęła wyciągać jego ptaka. My się odwróciliśmy. Kiedy pokój wypełnił dźwięk oddawanego do naczynia moczu, Robert zaczął mamrotać: -yes baby, yes, touch it, feel it… Na co pielęgniarka odparła: Mr. X, I’m no baby, I’m a grown up woman. Mieliśmy bekę. Im lepiej czuł się Robert, tym wracała moja niechęć do niego. Czas wlekł się niemiłosiernie, a my czekaliśmy na wyniki skanu mózgu. Kiedy okazało się że wszystko jest okej, na dobre znienawidziłem kolesia. Robert popłakał sobie jak mała dziewczynka.-Do you guys love me? -Zamknij się do kurwy! a potem poszedł spać. Ponieważ w tym prywatnym francuskim szpitalu pielęgniarka przychodzi na zawołanie, pojechałem sobie. Nie chciało mi się tam więcej siedzieć i wysłuchiwać tego marudy. Za bardzo mnie nastraszył. Wykręciłem numer hinduski, ale wyłączyła telefon. Widocznie poszła spać. Zrobiłem to samo, po wymyciu dokładnie rąk z krwi Roberta.