Wczoraj wyjątkowe święto w Wietnamie. Ong Cong Ong Tao. Święto trójcy bogów kuchni. Ong to po wietnamsku „starszy mężczyzna”, więc to święto boga Cong i Tao. Kobieta, nie załapała się do nazwy, ale do kuchennej trójcy świętej jak najbardziej należy.
Istnieją trzy różne wersje tej legendy. Dwie fajne i jedna głupia, skupię się więc na tych fajnych.
Było tak: żyło sobie bardzo biedne małżeństwo. Tak cholernie biedni, że nie mogąc się utrzymać, rozwiedli się i rozpoczęli samotne życie żebraków. Po kilku latach kobiecie poszczęścilło się, zakochał się w niej bogaty mężczyzna a ona odwzajemniła uczucie. Pobrali się i żyli szczęśliwie opływając w luksusy. Stary mąż, pewnego dnia zjawił się pod domem swojej ex, żebrząc jak to miał w zwyczaju. Ona ujżała go i postanowiła zaopatrzyć go w jedzenie i jakieś drobne na waciki. 23 grudnia (kalendarza księżycowego) odkrył to nowy, bogaty mąż. Oskarżył ją o zdradę. Kobiecina aby udowodnić mu swoją lojalność, popełniła samobójstwo – azjatycka logika. Nowy, bogaty mąż, uświadamiając sobie niewinność żony, z rozpaczy popełnił samobójstwo. I w końcu ex mąż, widząc ich dwoje martwych z jego winy, postanawia zabić się w geście rozpaczy. Cała trójka, zabiła się poprzez spłonięcie w oldschoolowym wietnamskim piecu, w kuchni domu nowego, bogatego męża.
Główny bóg, zwany Troi, widząc to całe nieszczęście, postanowił zamienić całą trójkę w bogów kuchni.
Druga wersja, równie niefortunna.
Było sobie małżeństwo. Żyli przeciętnie i byli ze sobą długo, bez fajerwerków, ale też bez jakichś fochów. Pech chciał, że pomimo regularnego współżycia, nie udawało się im mieć dzieci. Mąż, wkurzył się na żonę że nie daje mu dzieci, zbił ją na kwaśne jabłko i wyrzucił z domu – azjatycka logika. Biedna żona powędrowała gdzieś daleko, do innego miasteczka. Po pewnym czasie nędznego życia żebraczki, los się do niej uśmiechnął. Jak we wszystkich azjayckich legendach i w poprzedniej wersji, kobieta poznała jakiegoś bogatego typa, który się z nią ożenił. W międzyczasie stary mąż uzmysławia sobie, że kawał z niego sukinkota i wyrusza na poszukiwanie za wygnaną żoną. Po drodze przepuszcza cały swój majątek i staje się żebrakiem. Znowu, spotyka starą żonę i ona udziela mu schronienia w jakimś stogu siana, czy czymś, ciężko było nam zgodzić się na wspólne słowo. Nowy, bogaty mąż, podpala stóg (23 grudnia), nie wiedząc, że biedny ex mąż żebrak, smacznie sobie tam drzemie. Żona widząc co się dzieje, wpada w ten stóg, żeby wyciągnąć ex męża żebraka, sama tracąc przy tym życie. Zdębiały nowy, bogaty mąż widząc płonącą żonę, sam rzuca się w płomienie, których temperatura piecze go na krwisto w ułamku sekund.
Główny bóg, zwany Troi, widząc to całe nieszczęście, postanowił zamienić całą trójkę w bogów kuchni.
Trzecia wersja jest głupia, więc już nie będę się powtarzał, drugi mąż był łowcą czy kimś takim i jakoś inaczej trochę zginęli.
Celebracja jest nudna i nieciekawa. Sprowadza się do siedzenia godzinami na podłodze w otoczeniu rodziny i jedzenia i jedzenia i jedzenia a potem zmywania, zmywania i zmywania, jeśli masz pecha być kobietą. Ba, jeśli jesteś kobietą musisz też gotować, gotować i gotować. Nawet prezentów nie ma, przynajmniej nie dla żywych. Każdy szanujący się wietnamczyk kupuje trzy papierowe kostiumy. Dwa męskie, jeden damski. Na północy są to czapka, buty i kubrak a na południu papierowy koń czy coś takiego. Wszystko to idzie do spalenia, razem ze wspomnianymi w zeszłym roku iPhonami. Kostiumy są dla bogów, papierowe duperele i pieniądze dla przodków. Warto wspomnieć o jeszcze jednym zwyczaju: wypuszczania ryb do wody.
Według legendy ryba Ca Chep (czyli zwykły Karp) jest jedynym stworzeniem które może zamienić się w smoka. Żeby to uczynić musi przekroczyć bramę Vu Mon która, jest gdzieś na styku nieba i morza, coby karp przeskoczył nad taflą wody. Każdego 23 grudnia, stada wietnamczyków kupują rybki, aby wpuścić je do pobliskiego jeziora. Przed aktem wypuszczenia, rybka stoi przez kilka godzin na ołtarzu. Po co? Wszystko co ofiarowujesz przodkom, musi poleżeć na ołtarzu, bo to jest takie połączenie świata przodków i świata żywych. Najśmieszniejsze jak wrzucają te ryby do jezior w foliowych torebkach, bo nawet im się nie chce ich wypuścić. Potem tylko widzisz unoszące się na powierzchni wody torebki z najbardziej pechowymi złotymi rybkami świata – od wolności dzieli ich 0.001mm folii, ale i tak skazane są na śmierć.
Kobiety przygotowują ucztę, żeby potem ucztowali wszyscy. Nie jest powiedziane czy będziecie ucztować rano, czy wieczorem, bo nie wiadomo kiedy będziecie mieć wolne. W Polsce święta dyktują grafik, masz wigilijną kolację i wielkanocne śniadanie, w Wietnamie jest inaczej i świętujesz kiedy ci się uda. Jak okaże się że 23 grudnia przypada na wtorek, to wietnamska rodzina wzruszy ramionami, zrobi święto w niedziele, a we wtorek zarobi pieniądze w pracy. Spryciarze.
Biorąc pod uwagę judeochrześcijańskie legendy o żydowskim zombie, które karmi swoich wyznawców swoim mięsem i krwią – jak najbardziej kupuję tą historię o samobójstwach w kuchni i smoczych karpiach. Seems legit.