Kategoria: kultura

  • Kto wygrał wojnę w Wietnamie?

    Tak się właśnie zastanawiam. Siedzę w wietnamskim barze i słyszę „Born in the USA” Bruce’a Springsteen’a.

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=lZD4ezDbbu4]

     Przypomnijmy:

     „Got in a little hometown jam

     So they put a rifle in my hand

     Sent me off to a foreign land

     To go and kill the yellow man”

     Jasne. Z wersów przebrzmiewa krytyka amerykańskiego imperializmu, tylko do tego potrzeba interpretacji, a u skośnookich z tym ciężko. Słuchają po prostu piosenek o zabijaniu swoich dziadków, popijając przy tym Heinekena. Inny fajny obrazek, to żołnierz Armii Ludowej, od stóp do głów w sierpach i młotach, kupujący zestaw XXL w tutejszym KFC. Aż się prosi o fotkę, ale cenię sobie moje uzębienie.

     Amerykanie być może przegrali bitwę na napalm i helikoptery, ale wygrali wojnę kulturową. Trzydzieści siedem lat po upadku Sajgonu i pośmiertnym tryumfie Ho Chi Minh’a, okazało się że to on przegrał bitwę o serca i umysły młodego pokolenia. Bogactwo jest kapitalistyczne, a socjalistyczna jest bieda. Portrety Wujka Ho wiesza się z nakazu, a logo Adidasa dobrowolnie. Młodzi, nudni i pretensjonalni Wietnamczycy cykają sobie fotki iPhonami w Pizza Hut, popijając Pepsi. The joke’s on Viet Nam, bo mieli szansę być drugą Koreą Południową, a ledwo uniknęli losu Północnej. Im mniej masz, tym ważniejszy jest fetysz bogactwa, a bogactwo jest białe i kojarzy się z Ameryką. Najpotężniejszą bronią USA jest popkultura, fabryka snów i propaganda zachodniego stylu życia. To zachodnie życie jest fajne, a nie wypłowiałe mundury i trupy żołnierzy Viet Congu, pochowane w kafelkowych grobach, pośród bananowej dżungli.

     Tak samo będzie kiedyś w Kabulu, gdzie zwesternizowana kasta młodych arabów, wcinać będzie niedługo Big Maki z wieprzowiną. I to niezależnie od tego kto wygra. Historia pokazuje, że więcej osób będzie na owe Big Maki stać, jeśli wygra zachodni imperializm.

     Trzymam za niego kciuki.

  • Wietnamski walk of shame.

    Straszliwa sprawa. Wychodzicie z hotelu o 8 rano, a całe Hanoi przez chwilę przestaje patrzeć na ciebie jako westernera, a zamiast tego rzuca oskarżające spojrzenia w kierunku bogu ducha winnej wietnamskiej dziewczyny. To jest ten jedyny moment w trakcie twojej egzystencji w tym kraju, gdzie to ktoś skośnooki obok Ciebie zgarnia całość zainteresowania i znajduje się w centrum uwagi. Jak można się domyślić, w dosyć niefajnych okolicznościach.

    Zjawisko walk of shame, występuje pewnie wszędzie. Czy to w Polskim akademiku, czy w kamienicy, gdy przemykasz w tym samym ubraniu i w zmierzwionej fryzurze nad ranem, unikając oceniających spojrzeń sąsiadów i Pana Taksówkarza. Różnica polega na tym, że tutaj jest to spotęgowane x milion przez lata kolonializmu (gdzie kontakty seksualne biały-wietnamka znaczyły franki a potem dolary), zabójczy konformizm azjatyckich społeczeństw i wartość dziewictwa, w tym mentalnie feudalnym kraju. Najważniejsze tutaj jest „co ludzie powiedzą” i to nie tylko sąsiedzi i dalsi znajomi, ale nawet „co mogą pomyśleć” obcy na ulicy.

    Każda wietnamska matka chce aby jej córka związała się z obcokrajowcem. Każda bez wyjątku, o czym przekonałem się niejednokrotnie, kiedy słyszałem mimochodem, że pani w aptece, że ma córkę w moim wieku, a to od znajomej z pracy, że ma śliczną kuzynkę na wydaniu. Wtedy wszystko jest w porządku. Sprawy przybierają zły obrót, kiedy córka sąsiadów jest z obcokrajowcem, bo w takiej konfiguracji ona jest zwykłą, puszczalską dziwką. I leci na jego kasę. Hipokryzji nikt skośny w tym nie dostrzeże, bo ma ją za głęboko pod skórą.

    Zdrowa ryba płynie pod prąd, jak na ironię, słowa Ojca Tadeusza Rydzyka nigdy nie były bardziej aktualne. Kto jest bardziej interesującą osobowością? Żyjąca pod dyktando skostniałego społeczeństwa tradycjonalistka, czy „puszczalska” nonkonformistka mająca na swoim koncie jedno nocne przygody? Pytanie dla mnie retoryczne, bo tak wynika z moich obserwacji i doświadczeń. Trzeba być cholernie odważną, żeby narazić się na ostracyzm całego otoczenia i olać sikiem prostym oskarżające spojrzenia, a odwaga życia „po swojemu” jest tutaj niezwykle rzadkim zjawiskiem.

  • Thuoc Lao.

    Po najedzeniu się Phở czy wychyleniu kilku Bia hơi na ulicy, przychodzi pora na zapalenie Thuoc Lao (Tuk Lao) . To taka wietnamska substancja psychoaktywna, którą wszyscy tutaj palą na ulicach, niby tytoń, ale jednak nie tytoń, bo ma 9x więcej nikotyny. Nie miałem pojęcia co to jest, kiedy po raz pierwszy przystąpiłem do degustacji, a że nie dało rady się dogadać pod klubem co to, zaciągnąłem się cały podniecony, że pierwszy raz palę opium. No nie, opium to to nie było (choć i na nie przyszła pora) ale i tak dosyć fajne uczucie. Jak się dowiedziałem, Thuoc Lao oryginalnie używane było jako enteogenna substancja przez szamanów w Ameryce Południowej.

    Procedura samego palenia jest mocno inna niż zwykłe palenie trawy z bongo czy vaporizer’a. Owszem, pali się to z bambusowej rurki – i tak, to prawda że w środku jest woda, ale oprócz zwykłego zaciągania trzeba jeszcze pamiętać o:

    • zapalaniu bambusowej rurki ZAPAŁKAMI, nigdy zapalniczką, bo to niegrzeczne
    • po podpaleniu Thuoc Lao, wciągamy powietrze z fajki, wypełniając wnętrze dymem, tylko po to aby zaraz wypuścić je z powrotem do bambusowej rurki, zdmuchując jednocześnie podpalony tytoń
    • kiedy wypuściliśmy powietrze, ostro zaciągamy się do końca, jednocześnie unosząc bambus i raptownie przekręcając go o 90 stopni.

    Na ulicy pijąc Bia hoi, czy to Zio (ryżowy samogon) możemy śmiało poprosić o Thuoc Lao i truć się nie tylko Marlboro za 3.50PLN, ale także czymś bardziej lokalnym.

  • Ha Long Bay.

    Ha Long Bay.
    Zatoka w północnej części Wietnamu uważana za jeden z siedmiu cudów świata. Jeżeli chcesz przepłynąć się łódką i obejrzeć masę wysepek, jaskiń i pływającą wioskę to to jest miejsce dla Ciebie. Nie polecam w zimę, bo jest naprawdę zimno, 10°C przy tej wilgotności to temperatura w której zamykają tutejsze szkoły (serio).
    Z Hanoi bilet autobusowy kosztuje 90k dongów ~4.5USD, taksówka do samego Ha Long z Hanoi 1500k dongów ~75USD. Przygotujcie się na 4h jazdy autobusem w rytmie wietnamskich przebojów i uwaga: radzę wybrać duże autobusy, które są nieco droższe (właśnie za te 90k dongów). Tańszymi jeżdżą ludzie z prowincji, którzy nie są przyzwyczajeni do poruszania się autobusami i najczęściej rzygają jak koty – tego oczywiście w żadnym biurze podróży nie usłyszycie.

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=E9Rggr_-16k&feature=player_detailpage]

    Taką łódeczką przez cały dzień śmigacie po zatoce. 300k dongów ~15USD, za pływanie w te i we wte. Zatrzymujecie się w jaskiniach, na pływającej wiosce i na plaży.

    Jaskinią byłem dosyć rozczarowany. Przeganiają Cię po jakiejś dziurze w skale, w której zamontowali setkę lampek choinkowych. Szybciej, szybciej, zachwycaj się i do przodu, do przodu! Czułem się jak w podstawówce, w muzeum, które mnie zupełnie nie interesuje. Przyznaję że owa jaskinia jest pięknym tworem natury, ale jako że oglądam codziennie w lustrze swoje odbicie, poprzeczka postawiona została bardzo wysoko jeśli chodzi o wrażenia estetyczne.

    Oczywiście wystarczy zejść ze ścieżki wyznaczonej przez KAOwca, aby zobaczyć bród, smród i ubóstwo.

    To co zrobiło na mnie wrażenie to pływające sklepiki z owocami, zarówno lądu jak i morza. Na małych stateczkach obowiązkowo dzieci, aby łamać serca i portfele turystów z krajów rozwiniętych. Ciężko się od nich opędzić, bo przeprowadzają abordaż na wasz statek i wciskają ci banany.

    A skoro jesteśmy przy sprzedawcach, ciekawy fakt o mieszkańcach prowincji Quang Ninh. Nie odróżniają oni L od N i często te litery mylą. Też nie mogłem tego pojąć, ale faktycznie: w QN Viet Nam to VietLam, Hanoi to HaLoi i tak dalej. Jeżeli mówisz w ten sposób, to ludzie w Hanoi będą tobą potężnie gardzić i wyszydzą to na każdym kroku. Wyobraźcie sobie więc konsternację jaka zapadła w taksówce, jak zacząłem mówić, HaLoi, VietLam, Quang Ling, przy dwóch rodowitych mieszkańcach HaLong. Meh, wybaczyli mi, jestem przecież foreignerem.

    Czy można odmówić dolara oczom wietnamskiego dziecka, w których aż lśni bieda?

    Jeżeli chodzi o owoce morza to wow. Nie wiem czy widziałem gdzieś większe krewetki. To co kupicie sobie na platformie z rybakami, możecie dać kucharzowi na statku do przyrządzenia. Wszyscy się zajadają i obowiązkowo mlaskają.

    Takie wyprawy nie są dla mnie. Bardzo fajnie że istnieją ludzie którzy chodzą w stadach z aparatami i robią zdjęcia tam gdzie im się powie, ale zupełnie mnie to nie kręci. Ja muszę sobie pojechać, pójść tam gdzie chcę, poznać ludzi i tak dalej. Im dalej od turystów, tym z mojego punktu widzenia lepiej. Biali mieszkańcy Hanoi gardzą turystami i ja w sobie również powoli odkrywam tę pogardę.

  • Karaoke.

    Pech chciał że znalazłem się na prawdziwym wietnamskim karaoke, ja i 20 innych skośnych – znajomych z liceum spotykających się po latach. Pierwszy i ostatni raz. Karaoke to takie kawiarnie, w których dodatkowo można zamówić piwo, albo (ojeja) coś mocniejszego jak whiskey – ale nigdy wódkę. Wódka to alkohol plebsu, a ludzie chodzący do klubokawiarni gardzą plebsem, bo są lepsi.

    Wracając do karaoke, na piętrze owych kawiarni jest zwykle salka, którą się wynajmuje i w której spędza się wieczór. W salce czipsy i kola i parę puszek heinekena, coby wyglądać zagranicznie i zachodnio. Jak ktoś pije piwo, to pije tego heńka nieszczęsnego, myśląc że to najlepsze piwo świata, a po dwóch jest najebany jak szpak. Naprzeciwko wielkiej sofy – święty graal tutejszej rozrywki – maszyna do karaoke! Wygląda to tak: wszyscy przychodzą (nikt się z nikim nie wita – to azja) siadają szybko na kanapie i od razu maszyna idzie w ruch, puszczając hity z płyty – w formacie .midi. Żadnego „co słychać, kak żywiosz, how are you doing”. Dalej jest ciekawie, bo przez bite 3 godziny maszyna chodzi, ludzie śpiewają, a ich rozmowy ograniczają się do dyskusji kto następny i co śpiewa. Przypominam, mówimy tu o towarzystwie które widzi się bardzo rzadko – znajomych z liceum, którzy jakoś nie czują potrzeby rozmowy.

    Moja obecność ograniczała się do patrzenia się na ten cyrk, przecierania oczu ze zdumienia i otwierania kolejnych butelek heinekena, wywołując konsternację w towarzystwie – co to za biały alkoholik. Oczywiście wszyscy chcieli żebym śpiewał razem z nimi, więc wynaleźli jedyną chyba angielską piosenkę: Richard’a Marx’a – Right here waiting… Tylko dzięki mojemu sprytowi udało mi się wyrwać na dół, porozmawiać na migi z pijanymi wietnamkami, które okazały się dużo ciekawszym towarzystwem.

    Teksty śpiewanych piosenek idą tak:
    Dwoje ludzi się spotyka i bardzo się sobie podobają. Jest chemia i czują się ze sobą bardzo komfortowo. Ona jest mu oddana, a na niego można liczyć. Trick polega na tym, że w pewnym momencie coś się psuje i ona zostaje sama i śpiewa smętne piosenki.

    Albo:
    Piękna dziewczyna jest sama i smutna. Jej życie jest puste i nie ma żadnego sensu. Pewnego dnia spaceruje w deszczu i spotyka wysokiego i przystojnego mężczyznę, który odmienia jej los. Teraz ona pozostanie mu wierna już na zawsze i aby to udowodnić, zrywając kwiaty, śpiewa smętne piosenki.

    Jest też:
    Dziewczyna ma same piątki w szkole i jest bardzo ładna. Jeździ sobie na rowerze w te i z powrotem, ale jednak czuje że coś jest nie tak. Wszystkie koleżanki są zakochane i mają chłopaków, a ona jedna nie. Odreagowuje śpiewając smętne piosenki.

    *Zdjęcia w tym wpisie ukradzione z internetów. Nie robiłem zdjęć żeby nikt nie pomyślał że dobrze się bawię.

  • Wietnamskie oszustwa vol. 1

    Królów życia Hanoi czeka masa niebezpieczeństw. MASA. Mieszkający tu biali mawiają że: każdy Wietnamczyk ma coś ze złodzieja, a Wietnamka z dziwki – w różnych proporcjach. Nic dziwnego, że większość z nich będzie chciało cię naciągnąć czy okraść. Jako że sporo już widziałem i wiem, a na dodatek prowadzę się z takimi co wiedzą i widzieli jeszcze więcej, postaram się wypunktować wszystkie znane mi opcje oszukiwania białych w Hanoi. Enjoy. A turyści – strzeżcie się.

    Przeskakująca piosenka.
    Zacznijmy od mojego ulubionego. Jedziesz taksówką nad ranem i po spożyciu. Co robisz, nauczony doświadczeniem? Bingo, obserwujesz licznik w taksówce. Teraz uwaga, w pewnym momencie taksówkarz zmienia piosenkę, a licznik bing! podbija cenę. To ustrojstwo jest w każdej taksówce, chyba montowane standardowo. Trzeba natychmiast głośno zakląć do kierowcy, najczęściej widząc że klient jest ogarnięty, robi głupią minę i cofa to co nabił. Piosenka już się nie zmienia.

    Podatek od koloru skóry.
    Cena za puszkę red bulla wynosi 9000 dongów. Ja to wiem i tyle płacę, ale przeciętny turysta jeśli spyta, otrzyma odpowiedź: 20000 po krótkiej kalkulacji (20000=1USD) logiczne będzie że to uczciwa cena. No nie, tu jest trzeci świat i to połowa tego. Tak jest ze wszystkim. Patrzymy ile płacą miejscowi. Ponieważ wszyscy kradną, Ci nieliczni uczciwi nie obrażą się jeśli 10x sprawdzisz rachunek i przeliczysz resztę.

    Specjalne Menu.
    To w sumie podobne, ale przed tym łatwo się uchronić. W restauracji, mają dwa rodzaje Menu. Dla miejscowych i dla przyjezdnych. Te same potrawy, tylko że w tym które ty dostaniesz ceny są o jakieś 20% wyższe. Dlatego: jeśli kelner poda nam menu, uśmiechamy się i je przyjmujemy, ale zaraz potem podbieramy to ze stolika wietnamczyków siedzących obok. Satysfakcja kiedy kelner przynosi rachunek gwarantowana.

    Dziesiątki a setki.
    Mniej spektakularny, ale też groźny. Ponieważ w tym kraju Ho Chi Minh jest na każdym banknocie, rozróżnia się je głównie po kolorze. No ale jest pewien problem – zarówno 10.000 jak i 100.000 są zielone. Jest różnica pomiędzy 0.5USD a 5USD, więc uwaga jakie banknoty wam wydają i ile dostajecie reszty.

    Inne wino.
    Zamawiacie wino w restauracji. Kelner przez pomyłkę przynosi wino dwa razy droższe, ale spostrzega pomyłkę kiedy wy już wino wypiliście – zgadnij, kto zapłaci za tą pomyłkę? Zawsze pięć razy należy sprawdzić, czy dostajemy to co zamówiliśmy.

    Palący się motor.
    Jedziesz motorem. Nagle spostrzegasz za sobą masę dymu, a jadący obok Ciebie kierowca zaczyna krzyczeć żebyś się zatrzymał. Posłusznie zatrzymujesz się, przecież twój skuter się pali. Błąd. Motory nie zapalają się od tak, a to najprawdopodobniej jadący za tobą przykleił do tylnej części twojego motoru kawałek dymiącej gumy. Po co? Pracuje razem z mechanikiem który dziwnym zbiegiem okoliczności zlokalizowany jest 50m od zdarzenia. Skasuje cię za „naprawę” jak za zboże, więc z daleka od niego.

    Poszkodowany w wypadku.
    Jedziesz sobie spokojnie motorem, no i jak to w Hanoi masz drobną kolizję z innym motorem, wywracamy się, typowe, dzień jak co dzień. Co robimy w takiej sytuacji? Rozmawiamy? Błąd. Przede wszystkim wyciągamy kluczyki ze stacyjki. Co zrobi „poszkodowany” Wietnamczyk? Zabierze nam kluczyki i zarząda za nie jakąś chorą kwotę, nieważne że nic mu się nie stało – ty jesteś biały i bogaty, więc płać. Policja nie działa, więc jesteśmy zdani na siebie. ZAWSZE wyciągamy kluczyki (chyba że po prostu odjeżdzamy). Jeżeli mamy wypadek w którym ktoś odnosi poważne rany, to znaczy że tym bardziej musimy uciec. Okazywanie ludzkich odruchów w tym kraju nie popłaca.

    Na pucybuta.
    Siadasz sobie w kawiarni, zamawiasz kawkę. Podchodzi do Ciebie biednie wyglądający chłoptaś i „no mama, no papa, no money, help mister!” i ofiaruje Ci czyszczenie butów. Moje lewicowe serce, nie pozwoliłoby mi aby ktoś czyścił moje buty, ale nie wszyscy mają podobne podejście. I właśnie oni, zostaną w kawiarni bez butów, kiedy wspomniany pucybut czmychnie na pobliski motor z ich obuwiem.

    Zdjęcie?
    Klasyk. Dajesz komuś aparat, aby zrobił ci foto, a on znika. Jak tutaj:

    [youtube=http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=12tce-THLUE]

    Niebezpieczeństwa związane z kobietami, to temat na osobny wpis, vol.2 zatem w przygotowaniu.

  • Wietnamski cmentarz.

    Z moim wietnamskim znajomym, udałem się na grób jego ojca. Nienawidzę grobów, czy to polskich czy azjatyckich czy żadnych, brr. Na cmentarz prowadzi właściwie opuszczona droga, a sam cmenatrzyk zlokalizowany jest pomiędzy polami ryżu, które o tej porze roku zalane są masą wody. Acha, no i przy okazji po środku dżungli złożonej z roślin bananowca.

    Sam wietnamski grób wygląda jak kwadrat prostopadłościan z kafelków łazienkowych, z malutkim portretem bądź adnotacją po środku. Groby raczej zaniedbane, widać że grave industry to nie jest taki intratny biznes jak u nas. Cmentarz odwiedza się raz w roku, przed samym końcem chińskiego kalednarza. Mimo że przyjechaliśmy jakoś przed samym końcem roku, nie spotkaliśmy nikogo oprócz lokalnych farmerów.

    Spytałem w pewnym momencie:
    -„Hej dlaczego te groby ułożone są tak z dupy, każdy w inną stronę?”
    -„Jak to – z dupy…?”
    -„No bez ładu i składu?”
    -„Bez ładu i składu? Każdy zmarły ma znak zodiaku, koń, smok, szczur – każdy znak zodiaku ma swoją stronę w którą grób jest zwrócony, proste.”
    Proste.

    Co ciekawe, napotkana staruszka spytała ni z gruchy ni z pietruchy mojego viet ziomka: „Hej, po co przyprowadziliście tego rosjanina na cmentarz?” Tak więc mimo że całe życie mieszkała w zabitej deskami wiosce, poznała na pierwszy rzut oka moje słowiańskie pochodzenie, czym strasznie mi zaimponowała. Bo ile osób w polskiej wsi odróżniłoby koreańczyka od japończyka, albo chińczyka? Zgadnij – zero.

  • Społeczeństwo ryzyka a życie w kraju rozwijającym się.

    W maju zeszłego roku zafascynowała mnie pozycja niemieckiego socjologa Ulricha Beck’a pt: Społeczeństwo ryzyka. Bez przesadnej histerii autor pisze w niej o zmianach cywilizacyjnych ostatniego wieku, sprawiających że życie w dzisiejszym świecie obarczone jest nieporównywalnie większym ryzykiem, niż np. w czasach wiktoriańskich. Do kluczowych czynników generujących ryzyko należą według niego:

    • wahania koniunktury gospodarczej
    • bezrobocie i zmiany w strukturach zatrudnienia
    • przenoszenie produkcji do krajów rozwijających się
    • terroryzm
    • przemiany technologiczne
    • ryzyko globalnego konfliktu
    • zanieczyszczenie środowiska
    • ryzyko epidemii

    Sama prawda. Warto wspomnieć że wszystkie te czynniki mają charakter globalny – w dzisiejszym świecie nic nie jest lokalne i ryzyko nie jest żadnym wyjątkiem. Dzisiejsze bezrobocie w Detroit, wybiera bardziej populistycznych przywódców jutra. To samo w sferze ekonomicznej, powodzie na Taiwanie powodują wzrost cen elektroniki na całym świecie, a spadek złotego w stosunku do dolara właśnie sprawił że twoje wakacje 2012 będą pod gruszą, nie w Tajlandii. Nie muszę pisać o długofalowych efektach zamachu z 9/11 dla świata.

    Zacząłem zastanawiać się jakie elementy ryzyka, o których pośrednio wspomina Beck są unikalne dla kraju rozwijającego się, na przykładzie Wietnamu, a konkretnie Hanoi w którym mieszkam. Uderzyło mnie, ile jest tutaj czynników generujących ryzyko, które bogatej północy udało się dawno wyeliminować. Wydaje się, że kraje takie jak Wietnam w minimalnym stopniu (bądź wcale) korzystają z rozwoju technologicznego, zaś instytucje społeczne istniejące w Europie, chroniące jednostkę przed ryzykiem dnia codziennego, tutaj nie istnieją, bądź działają w dużej mierze patologicznie.

    Ekonomia. Zacząć należy od najbardziej palącego problemu wietnamskiej gospodarki, czyli około 20% inflacji. Widząc na własne oczy, jak tak duża inflacja utrudnia życie przeciętnej jednostce, zastanawiam się jak czasy galopującej inflacji przetrwało polskie społeczeństwo. Po kolei. Przy 20% inflacji oszczędzanie mija się z celem, nie ma sensu odkładać pieniędzy dewaluujących się każdego dnia. Nie można zawrzeć zwykłej umowy z operatorem o telefon, nie można kupić nic na raty, nie da się dostać kredytu. Słowem nie da się wykonać podstawowych operacji, które w krajach bogatej północy są codziennością. Kurs waluty – donga, jest ustalany przez rządzącą partię – nie przez wolny rynek. Przechowywanie gotówki w dolarach nie likwiduje więc realnie problemu dewaluowania się oszczędności.

    Rynek pracy. Jeżeli można go nazwać rynkiem. Siedzimy w KFC, ja i pewien Irlandczyk, dwóch klientów na całe KFC. Policzyliśmy obsługę – 12 osób. Trzy zdają się pracować, reszta robi cokolwiek aby od pracy się wymigać. Tak wygląda każda restauracja – tam gdzie jem smażony ryż, zwykle siedzą 2-3 osoby, obsługa zaś to koło 6 osób, nie licząc zaplecza. Średnia płaca miesięczna – ok. 100USD. Ciekawy paradoks – jest to praca często od 8 do 22, z pracującymi sobotami i większością świąt. Jednak procent pracy w pracy bardzo niski. W biurze? To samo, facebook na wejściu, potem godzinna kawka, potem ploteczki, lunch i może godzina pracy w międzyczasie. Niskie pensje to więc także odpowiedź na szalenie niską efektywność tutejszej pracy. Praca dzieci jest standardem, potrafię z głowy przytoczyć 5 dzieci pracujących 8-22 z najbliższej okolicy, które znam z widzenia. Nie wiem jednak, czy ich praca nie jest bardziej pożyteczna, niż studiowanie międzynarodowej ekonomii z obowiązkowym fakultetem z hochiminhizmu.

    Edukacja. Każdy kogo tu spotkałem (łącznie z dziwkami) studiuje ekonomię. Zwykle międzynarodową. To trochę jak z marketingiem i zarządzaniem u nas, ale gorzej i jakby bardziej. Ciekawi są studenci anglistyki z którymi nie da się zamienić słowa przez ich gramatykę i wymowę – dotyczy to także nauczycieli angielskiego w tutejszych szkołach. Studenci są zupełnie różni od tych znanych mi z Polski – uczą się do 2am co wieczór, bezalkoholowe imprezy zaczynają o 3pm, a jedna studentka – przysięgam, zaczęła mi opowiadać oburzona, że jej sąsiedzi wstrzykują sobie marihuanę. Dlatego właśnie ograniczyłem do zera kontakty z tutejszym „środowiskiem akademickim”.

    Służba zdrowia. Jej praktycznie nie ma. Lenin musi się przewracać w grobie, widząc swoje pomniki w 6.5 milionowym mieście, pozbawionym powszechnej opieki zdrowotnej. Ona niby gdzieś jest, ale płatna i jakby jej nie było. Miasto gigantyczne, a karetki jeszcze nie widziałem, widać wietnamczycy umierają po cichu. Cokolwiek by nie powiedzieć o NFZcie albo o polskim szpitalu – te instytucje w porównaniu do Azji funkcjonują wzorcowo. Moja osobista Mama odwiedza bezpłatnie lekarza średnio 2x w miesiącu, zawracając mu głowę mniej lub bardziej wyimaginowanymi pomysłami na swoje dolegliwości – powodzenia tutaj. Jedno co rzuca się w oczy – przeraźliwe, czarne i gnijące zęby większości zwykłych Wietnamczyków. Brrr.

    Kondycja budynków i BHP. Trochę egzotycznie i trochę groch z kapustą w tym punkcie, ale lepiej nie będzie. Zacznijmy od faktu że większość papierowych budynków nie spełnia żadnych norm. Kable elektryczne ciągną się na murach, a nie wewnątrz i przypominają okazałe węże boa, splatające się 10cm nad moją, wysoko zawieszoną jak na azjatyckie warunki, głową. Część z nich jest wadliwa i na prędce poklejona taśmą izolacyjną. Zastanawiają mnie pożary – w takich warunkach niezwykle łatwo o pożar, a nie wierzę że jakiś wóz strażacki wjedzie w te ciasne uliczki. Ba, żadnego strażaka jeszcze nie widziałem (przypominam – miasto 6.5 miliona – mieszkam przy centrum).
    W zasadzie nie spotkałem okna które się domyka, krzywe, brudne ściany są normą. Ludzie w wąskich alejkach w centrum miasta wylewają nieczystości na ulicę, a szyba w drzwiach tutejszego przedszkola jest pęknięta od mojego przyjazdu i nikt nie martwi się, że zaraz potnie się o nią jakieś dziecko. Pan tankujący motory na stacji, w malowniczym uśmiechu prezentuje zestaw swoich krzywych, czarnych, gnijących zębów z których wystaje papieros. Tak, pracownik stacji benzynowej.

    Pan się myje na ulicy.

    Policja. Policja może istnieje, ale dla swojaków i za łapówki. Jeżeli chcesz żeby policja coś dla ciebie zrobiła, przygotuj sowitą łapówkę, bo bez niej nie kiwną palcem. Chodzą sobie przy amerykańskiej ambasadzie z nabitymi AK-47 i tak się zastanawiam – kiedy w upojeniu wódką Ha Noi 28% kogoś zastrzelą i czy akurat mnie. Nie widać ich nigdzie, oprócz zakorkowanych skrzyżowań, gdzie nieudolnie swoim leniwym lizakiem próbują rozładowywać korki. W centrum średnio co 50m ktoś próbuje ci sprzedać opium, a w niektórych dzielnicach prostytutki łapią cię za krocze ze słowami: Bum, bum? Niech więc to będzie miarą ich efektywności. Kiedy skradziono mi iPhone’a w sylwestra w dosyć sensacyjnych okolicznościach (które kiedyś może opiszę), wszyscy odradzili mi iść na policję, jako cudzoziemiec miałbym więcej nieprzyjemności – a telefonu i tak bym nie odzyskał. Trochę żałuję z kronikarskiego obowiązku, że nie spróbowałem, ale bez telefonu z GPSem mam dosyć problemów na głowie z orientacją w mieście.

    Zanieczyszczenie środowiska. Już o tym pisałem, ale jeszcze raz – dłuższe poruszenie się po mieście bez maseczki, kończy się kaszlem. Woda w dziesiątkach jeziorek w Hanoi jest zielona – bynajmniej nie kwitnie, to ścieki. Polecam doświadczenie jazdy motorem w trakcie korków w oparach spalin, niezapomniane przeżycie i z odpowiednim nastawieniem wkręci wam się dobra faza. Dobre też są mini wysypiska w środku miasta, które zostaną przeze mnie wkrótce sfotografowane. Ciekawe jak bardzo rakotwórcze jest życie tutaj i czy bardziej niż zachodnie fast foody.

    Ubezpieczenia społeczne. Emerytury podobnież istnieją, ale są nic nie warte. Ich wysokość topnieje w oczach z powodu inflacji. Bez rodziny – na starość nie przeżyjesz. Popularnym widokiem są starzy pucybuci i staruszki sprzedające jakieś domowe wyroby. Nie dziwi więc wietnamski konserwatyzm w sprawach rozwodów, rodziny i dzieci. Kiedy znane nam instytucje, przejmujące tradycyjne funkcje rodziny rozkwitają, tutaj ich nie ma. Rodzina tutaj jest święta i najważniejsza.

    Ryzyko epidemii. Nawet nie będę się nawet nad tym punktem rozwodził, w świetle poprzednich akapitów, jak nieporównywalnie większe jest to ryzyko niż w europie. 6.5 miliona osób + brak służby zdrowia + zanieczyszczenie.

    Przenoszenie się produkcji tutaj. Niby w wiadomościach widać prezesa Hondy, otwierającego nową fabrykę, a wszystkie Najki świata pochodzą z wioski na północy Wietnamu, to coś jednak jest nie tak. I wiem co. Rewolucja przemysłowa w zachodniej Europie, a później rozwój przemysłu w Ameryce doprowadziły do niesłychanego bogactwa tamtejszych społeczeństw. Powstawały miasta, robotnicy mieli samochody i domy, związki zawodowe, spływające podatki podnosiły poziom życia wszystkich, a ukształtowana klasa średnia przez dziesięciolecia decydowała (decyduje?) o losach kraju. Klasa średnia. Egalitaryzm. Sprawiedliwy dostęp do bogactwa. Tego właśnie tutaj nie ma, a bardzo tego brakuje i nie wierzę że to kiedyś będzie. Przemysł bogatej północy zbudował finansowo potężne państwa, które teraz stać na nacjonalizacje banków i to wszystko co widać na ulicy. Tutejszy przemysł, buduje międzynarodowe korporacje i w zasadzie tyle. Państwo takie jak to, jest zbyt słabe, żeby urosnąć w siłę, a niezdrowa konkurencja w walce o inwestycje pomiędzy żebraczymi państwami takimi jak Wietnam, zwalnia coraz to większe inwestycje z jakichkolwiek podatków.

    Globalizacja ryzyka działa, ale nieproporcjonalnie. Społeczeństwa takie jak to, niby mają nowe motory i czasem lodówki, ale ich życie każdego dnia jest poddawane nieporównywalnie większemu ryzyku niż nasze na północy. Ryzyko wraz z postępem cywilizacyjnym krajów rozwijających się, zwiększa się, a nie widać powstania instytucji przed owym ryzykiem chroniących.

    Ich ryzyko na razie jest głównie moim, ale wkrótce będzie i waszym.

  • Mądry cytat z internetu.

    „Korzystanie świadomie z rzeczy, które nie są hipsterskie, jest awangardą hipsterstwa.”

  • Do you consider you country to be developed or developing?

    Podczas dyskusji z pewym Hindusem, zostałem zapytany:

    „Do you consider you country to be developed or developing?”

    Hmm, interesujące – pomyślałem. Tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Pytanie padło poniekąd aby wyleczyć kompleksy zadającego (i tak go lubię), ale niezależnie od jego motywacji to interesujące. Podczas dyskusji na tematy okołoekonomiczne we Włoszech stałem na stanowisku, że Polska to kraj rozwijający się, trochę z przekory chcąc odróżnić się od mieszkańców zachodniej Europy. Pobyt w Wietnamie zmusił mnie do zmiany zdania.

    Bez zaglądania w jakiekolwiek badania i przyjmowania abstrakcyjnych wskaźników rozwoju, jestem w stanie z całą stanowczością stwierdzić że Polska to kraj rozwinięty – porównując Polskę do Wietnamu:

    • Rozwarstwienie społeczne -rozwarstwienie jest tutaj tak duże, że można zobaczyć Porshe Cayenne a obok niego trójkę ludzi opalających kolbę kukurydzy nad zaimprowizowanym ogniskiem, którą zaraz się podzielą. W Polsce nie ma to miejsca.
    • Transport publiczny – tutaj go nie ma. Są jakieś autobusy niby, ale jeżdzą jak chcą, nie można na nich polegać, a w środku najprawdopodobniej zostaniesz okradnięty. W Polsce, pomijając narzekania ograniczonej studenciarni transport publiczny działa i ma się dobrze, są tramwaje i autobusy – synonim równości ekonomicznej.
    • Ubezpieczenia społeczne -w Wietnamie na starość opiekuje się tobą rodzina. Państwo nie wykształciło instytucji takich jak ZUS (wiem, kontrowersyjnie). W Polsce system działa i pomijając ekstrema jest wydolny na tyle, żeby zapewnić masie ludzi emerytury, a jeszcze większej masie dostęp do służby zdrowia. Just sayin’.
    • Supermarkety -my tam kupujemy, a tutaj ich nie mają. Są małe alejki, bazarki i targowiska.

    Polska to kraj fchuj rozwinięty. Case closed.

    tl;dr polska jest rozwinięta, kiedyś nie wiedziałem – teraz wiem.

    U nas nie odchodzą takie akcje, don’t they?