W maju zeszłego roku zafascynowała mnie pozycja niemieckiego socjologa Ulricha Beck’a pt: Społeczeństwo ryzyka. Bez przesadnej histerii autor pisze w niej o zmianach cywilizacyjnych ostatniego wieku, sprawiających że życie w dzisiejszym świecie obarczone jest nieporównywalnie większym ryzykiem, niż np. w czasach wiktoriańskich. Do kluczowych czynników generujących ryzyko należą według niego:
- wahania koniunktury gospodarczej
- bezrobocie i zmiany w strukturach zatrudnienia
- przenoszenie produkcji do krajów rozwijających się
- terroryzm
- przemiany technologiczne
- ryzyko globalnego konfliktu
- zanieczyszczenie środowiska
- ryzyko epidemii
Sama prawda. Warto wspomnieć że wszystkie te czynniki mają charakter globalny – w dzisiejszym świecie nic nie jest lokalne i ryzyko nie jest żadnym wyjątkiem. Dzisiejsze bezrobocie w Detroit, wybiera bardziej populistycznych przywódców jutra. To samo w sferze ekonomicznej, powodzie na Taiwanie powodują wzrost cen elektroniki na całym świecie, a spadek złotego w stosunku do dolara właśnie sprawił że twoje wakacje 2012 będą pod gruszą, nie w Tajlandii. Nie muszę pisać o długofalowych efektach zamachu z 9/11 dla świata.
Zacząłem zastanawiać się jakie elementy ryzyka, o których pośrednio wspomina Beck są unikalne dla kraju rozwijającego się, na przykładzie Wietnamu, a konkretnie Hanoi w którym mieszkam. Uderzyło mnie, ile jest tutaj czynników generujących ryzyko, które bogatej północy udało się dawno wyeliminować. Wydaje się, że kraje takie jak Wietnam w minimalnym stopniu (bądź wcale) korzystają z rozwoju technologicznego, zaś instytucje społeczne istniejące w Europie, chroniące jednostkę przed ryzykiem dnia codziennego, tutaj nie istnieją, bądź działają w dużej mierze patologicznie.
Ekonomia. Zacząć należy od najbardziej palącego problemu wietnamskiej gospodarki, czyli około 20% inflacji. Widząc na własne oczy, jak tak duża inflacja utrudnia życie przeciętnej jednostce, zastanawiam się jak czasy galopującej inflacji przetrwało polskie społeczeństwo. Po kolei. Przy 20% inflacji oszczędzanie mija się z celem, nie ma sensu odkładać pieniędzy dewaluujących się każdego dnia. Nie można zawrzeć zwykłej umowy z operatorem o telefon, nie można kupić nic na raty, nie da się dostać kredytu. Słowem nie da się wykonać podstawowych operacji, które w krajach bogatej północy są codziennością. Kurs waluty – donga, jest ustalany przez rządzącą partię – nie przez wolny rynek. Przechowywanie gotówki w dolarach nie likwiduje więc realnie problemu dewaluowania się oszczędności.
Rynek pracy. Jeżeli można go nazwać rynkiem. Siedzimy w KFC, ja i pewien Irlandczyk, dwóch klientów na całe KFC. Policzyliśmy obsługę – 12 osób. Trzy zdają się pracować, reszta robi cokolwiek aby od pracy się wymigać. Tak wygląda każda restauracja – tam gdzie jem smażony ryż, zwykle siedzą 2-3 osoby, obsługa zaś to koło 6 osób, nie licząc zaplecza. Średnia płaca miesięczna – ok. 100USD. Ciekawy paradoks – jest to praca często od 8 do 22, z pracującymi sobotami i większością świąt. Jednak procent pracy w pracy bardzo niski. W biurze? To samo, facebook na wejściu, potem godzinna kawka, potem ploteczki, lunch i może godzina pracy w międzyczasie. Niskie pensje to więc także odpowiedź na szalenie niską efektywność tutejszej pracy. Praca dzieci jest standardem, potrafię z głowy przytoczyć 5 dzieci pracujących 8-22 z najbliższej okolicy, które znam z widzenia. Nie wiem jednak, czy ich praca nie jest bardziej pożyteczna, niż studiowanie międzynarodowej ekonomii z obowiązkowym fakultetem z hochiminhizmu.
Edukacja. Każdy kogo tu spotkałem (łącznie z dziwkami) studiuje ekonomię. Zwykle międzynarodową. To trochę jak z marketingiem i zarządzaniem u nas, ale gorzej i jakby bardziej. Ciekawi są studenci anglistyki z którymi nie da się zamienić słowa przez ich gramatykę i wymowę – dotyczy to także nauczycieli angielskiego w tutejszych szkołach. Studenci są zupełnie różni od tych znanych mi z Polski – uczą się do 2am co wieczór, bezalkoholowe imprezy zaczynają o 3pm, a jedna studentka – przysięgam, zaczęła mi opowiadać oburzona, że jej sąsiedzi wstrzykują sobie marihuanę. Dlatego właśnie ograniczyłem do zera kontakty z tutejszym „środowiskiem akademickim”.
Służba zdrowia. Jej praktycznie nie ma. Lenin musi się przewracać w grobie, widząc swoje pomniki w 6.5 milionowym mieście, pozbawionym powszechnej opieki zdrowotnej. Ona niby gdzieś jest, ale płatna i jakby jej nie było. Miasto gigantyczne, a karetki jeszcze nie widziałem, widać wietnamczycy umierają po cichu. Cokolwiek by nie powiedzieć o NFZcie albo o polskim szpitalu – te instytucje w porównaniu do Azji funkcjonują wzorcowo. Moja osobista Mama odwiedza bezpłatnie lekarza średnio 2x w miesiącu, zawracając mu głowę mniej lub bardziej wyimaginowanymi pomysłami na swoje dolegliwości – powodzenia tutaj. Jedno co rzuca się w oczy – przeraźliwe, czarne i gnijące zęby większości zwykłych Wietnamczyków. Brrr.
Kondycja budynków i BHP. Trochę egzotycznie i trochę groch z kapustą w tym punkcie, ale lepiej nie będzie. Zacznijmy od faktu że większość papierowych budynków nie spełnia żadnych norm. Kable elektryczne ciągną się na murach, a nie wewnątrz i przypominają okazałe węże boa, splatające się 10cm nad moją, wysoko zawieszoną jak na azjatyckie warunki, głową. Część z nich jest wadliwa i na prędce poklejona taśmą izolacyjną. Zastanawiają mnie pożary – w takich warunkach niezwykle łatwo o pożar, a nie wierzę że jakiś wóz strażacki wjedzie w te ciasne uliczki. Ba, żadnego strażaka jeszcze nie widziałem (przypominam – miasto 6.5 miliona – mieszkam przy centrum).
W zasadzie nie spotkałem okna które się domyka, krzywe, brudne ściany są normą. Ludzie w wąskich alejkach w centrum miasta wylewają nieczystości na ulicę, a szyba w drzwiach tutejszego przedszkola jest pęknięta od mojego przyjazdu i nikt nie martwi się, że zaraz potnie się o nią jakieś dziecko. Pan tankujący motory na stacji, w malowniczym uśmiechu prezentuje zestaw swoich krzywych, czarnych, gnijących zębów z których wystaje papieros. Tak, pracownik stacji benzynowej.

Pan się myje na ulicy.
Policja. Policja może istnieje, ale dla swojaków i za łapówki. Jeżeli chcesz żeby policja coś dla ciebie zrobiła, przygotuj sowitą łapówkę, bo bez niej nie kiwną palcem. Chodzą sobie przy amerykańskiej ambasadzie z nabitymi AK-47 i tak się zastanawiam – kiedy w upojeniu wódką Ha Noi 28% kogoś zastrzelą i czy akurat mnie. Nie widać ich nigdzie, oprócz zakorkowanych skrzyżowań, gdzie nieudolnie swoim leniwym lizakiem próbują rozładowywać korki. W centrum średnio co 50m ktoś próbuje ci sprzedać opium, a w niektórych dzielnicach prostytutki łapią cię za krocze ze słowami: Bum, bum? Niech więc to będzie miarą ich efektywności. Kiedy skradziono mi iPhone’a w sylwestra w dosyć sensacyjnych okolicznościach (które kiedyś może opiszę), wszyscy odradzili mi iść na policję, jako cudzoziemiec miałbym więcej nieprzyjemności – a telefonu i tak bym nie odzyskał. Trochę żałuję z kronikarskiego obowiązku, że nie spróbowałem, ale bez telefonu z GPSem mam dosyć problemów na głowie z orientacją w mieście.
Zanieczyszczenie środowiska. Już o tym pisałem, ale jeszcze raz – dłuższe poruszenie się po mieście bez maseczki, kończy się kaszlem. Woda w dziesiątkach jeziorek w Hanoi jest zielona – bynajmniej nie kwitnie, to ścieki. Polecam doświadczenie jazdy motorem w trakcie korków w oparach spalin, niezapomniane przeżycie i z odpowiednim nastawieniem wkręci wam się dobra faza. Dobre też są mini wysypiska w środku miasta, które zostaną przeze mnie wkrótce sfotografowane. Ciekawe jak bardzo rakotwórcze jest życie tutaj i czy bardziej niż zachodnie fast foody.

Ubezpieczenia społeczne. Emerytury podobnież istnieją, ale są nic nie warte. Ich wysokość topnieje w oczach z powodu inflacji. Bez rodziny – na starość nie przeżyjesz. Popularnym widokiem są starzy pucybuci i staruszki sprzedające jakieś domowe wyroby. Nie dziwi więc wietnamski konserwatyzm w sprawach rozwodów, rodziny i dzieci. Kiedy znane nam instytucje, przejmujące tradycyjne funkcje rodziny rozkwitają, tutaj ich nie ma. Rodzina tutaj jest święta i najważniejsza.
Ryzyko epidemii. Nawet nie będę się nawet nad tym punktem rozwodził, w świetle poprzednich akapitów, jak nieporównywalnie większe jest to ryzyko niż w europie. 6.5 miliona osób + brak służby zdrowia + zanieczyszczenie.
Przenoszenie się produkcji tutaj. Niby w wiadomościach widać prezesa Hondy, otwierającego nową fabrykę, a wszystkie Najki świata pochodzą z wioski na północy Wietnamu, to coś jednak jest nie tak. I wiem co. Rewolucja przemysłowa w zachodniej Europie, a później rozwój przemysłu w Ameryce doprowadziły do niesłychanego bogactwa tamtejszych społeczeństw. Powstawały miasta, robotnicy mieli samochody i domy, związki zawodowe, spływające podatki podnosiły poziom życia wszystkich, a ukształtowana klasa średnia przez dziesięciolecia decydowała (decyduje?) o losach kraju. Klasa średnia. Egalitaryzm. Sprawiedliwy dostęp do bogactwa. Tego właśnie tutaj nie ma, a bardzo tego brakuje i nie wierzę że to kiedyś będzie. Przemysł bogatej północy zbudował finansowo potężne państwa, które teraz stać na nacjonalizacje banków i to wszystko co widać na ulicy. Tutejszy przemysł, buduje międzynarodowe korporacje i w zasadzie tyle. Państwo takie jak to, jest zbyt słabe, żeby urosnąć w siłę, a niezdrowa konkurencja w walce o inwestycje pomiędzy żebraczymi państwami takimi jak Wietnam, zwalnia coraz to większe inwestycje z jakichkolwiek podatków.
Globalizacja ryzyka działa, ale nieproporcjonalnie. Społeczeństwa takie jak to, niby mają nowe motory i czasem lodówki, ale ich życie każdego dnia jest poddawane nieporównywalnie większemu ryzyku niż nasze na północy. Ryzyko wraz z postępem cywilizacyjnym krajów rozwijających się, zwiększa się, a nie widać powstania instytucji przed owym ryzykiem chroniących.
Ich ryzyko na razie jest głównie moim, ale wkrótce będzie i waszym.